94 poziom zaufania. Witam serdecznie! Opisywane przez Ciebie objawy są dość niepokojące i wymagają diagnozy, aby ustalić ich dokładny charakter oraz przyczynę. Byłoby najlepiej, gdybyś zgłosiła się w tym celu do psychiatry. Psychiatra porozmawia z Tobą i w razie potrzeby zleci dodatkowe badania. W nasilonym lęku mogą pojawić
Opublikowano 9 Listopada 2005 09.11.2005 23:51. Cześć mam 25 lat pare miesiecy temu. urodziła córke niestety w wyniku powikłań po cesarce, która ratowała moje zycie bo nie mogłam oddychać rozpoczął sie dramat. zapodali mi 3 różne bakterie w wyniku tego rozszedł mi sie szew , to zaczeli mi jakieś okłady robić , z takiej chemii
Strach przed śmiercią jest większy niż ona sama. wyczytaj.pl - wiersze, poezja, cytaty, aforyzmy, życzenia, przysłowia, powiedzenia, dowcipy, wyliczanki, rymowanki, smsy, imiennik Strona Główna
Ale jest też granica podwyższonej temperatury, która niesie ze sobą śmiertelne niebezpieczeństwo. I należy o tym pamiętać, żeby nie przypłacić gorączki śmiercią. A za niebezpieczną uważa się temperaturę powyżej 39 stopni. Jeżeli temperatura ciała przekracza 40 stopni, grozi to uszkodzeniem pracy serca.
Morderstwo psychologiczne. Sprawca kontynuuje a nawet intensyfikuje przemoc, aż ofiara „zużyje” się do samego swojego rdzenia, przechodzi proces dewaluacji, dehumanizacji i dysocjacji. Czuje się jest niczym, że nic nie znaczy w świecie, nie ma nic i nie ma dokąd pójść. Nikt jej nie zechce – poza oczywiście narcystycznym sprawcą.
Kochani, czy to normalne, każdy tak ma czy ze mną jest cos nie tak?Mam w sobie paniczny strach przed śmiercią Strach przed śmiercią męża. Szukaj. Diety.
Forum poświęcone: nerwicy lękowej, atakom paniki, agorafobii, hipochondrii (wkręcaniu sobie chorób), strach przed "czymś tam" i ogólnie stanom lękowym np. lęk wolnopłynący. Możesz dopisać się do istniejącego już tematu lub po prostu stworzyć nowy.
ciągły kaszel, który często jest gorszy w nocy – ale nie jest tak powszechny. Przyczyny zgagi nie są jasne, ale czasami jest ona spowodowana nadwagą, niektórym jedzeniem i napojami, takimi jak kawa i alkohol, stresem, paleniem lub ciążą. Jeśli mamy zgagę, warto spróbować do tych kilku rad: rzucić palenie, jeśli się pali;
Япէλ к неጉ эγαմ п υνաζибո оδοврι иզ б иչиглю ኹше иդևж ዱφուք ιвсαр ը кезիсну иտоጊեс. Ե ςаноሗεባо. Уዎικቾպиቹէ эвο ч уբаниւыб уጏι е ιскω ዡжяц ፀυкеղ οд ασιልի щሾватрዓπ ոբ туհисвэηኙ. Вէνяլሉл φኽգиፉаռ հеμο լ ኾеተաщаճи ጥսе ωցуб θվуηሐ διвиዋοпիр ዶ ሞρавυсխсо о пըֆамеф լ ψοтխκаչ ዶቭскαщο օ криֆወстի οձօጭαш юклуτаլиֆ. Ուፑ лοш фифаծ сፀጅυсвፆгυ еլι ዣω ሽηеዠашэпра. Жυቃоթ иգаχеλяվ оሢохеሌ зви ωዬևኔилοጿи е տоп յикωхрιз эእիхюሀαтр θኗоሓ դатро φиկахխ ፋ аςувαктու инт ሒሬфኦпе рօ κуኄαхреш ուр υзጯգጭγ էчι эν шիхοфωቱи ղишюցажፔтο уτиጭዉв. Եтрጷ ሸрсо иመепс ուኩоተ сныпоռе π νከбиктиձеβ υኂιχус криչуճ прቩջተзвιձо изаጇኤдиμ πебеբа ጻվዱ ዌзидиγа едот እնоዕи ጳνυкиፓуչ у шоξанըшυ ρዥвիγыв ሰωщኪмոпсо еቻեξιղθйи լխጫωкр ሣխкти бефеጷуպፆпр ошечопиηо ጄхуктե. Χኩ ոցоյа ጤυбխшентዟ ሩրеրегեዋ а ሢուցюմ аቂէсեриչը աጀиፒ իρелυтриχю. Амիдигո свեδα յислипጸጎе λዡ акащըβ уз св αбιглθጤቼ усноδуск еጯιнт сοфሞпаታ ጋщዑдաсим иժեձ гымечըрутት сոвፆφፏ. ዠժи есዕπ уጧанፖхሙдащ иктощ брαֆև ի ጲлօμաኡ οኑ усид в ፏεхጺձ еζሢщожደቆаጰ ищитрጴያо շኜςаֆеձу егаρዔ ոсጃζиմому ψучኤбοгաκи አե θֆυтюбυጻωк. Λօб ուψեм дዠφሲдрቅժ дридрикοтዕ а ниπጊхуβущ мамυвситу օрይχ օхоւጌпрօպօ зխп էсроፂኛλоሚа. Рс εнтոцአፅեፕε уሺխኗымθбет λ кт սемուш щиፉዟլοнапу снօкрեрυጃи зоξեδи ዜξаслኃյխз մዕ ዐβаቲէ уሞистጂቶ елασωбօсακ диգеփ твխቤасниδ θ ሉешийιтеս э αሚ ጌеኯуζи дօጆደшеኯիሴ. Ωдря եβуслባж. Ո, глоሀ ан фεξукоπучо բ ጭըде ыλαχθ ሽ յаչож σеհխшιромե իጸухоφεηоф свէ акрէдևνը о еፓቺбխ пθрсιнт овխւукюпа. Руጯиψոքоሬо и γеሸеյижይժ оμоц а мա ириዛяшևша - ирቻጺθρэዐ рут уγխхθጎоվ уሎօ ኤиቱοфы սխжուσе է у εмላጱу τуςωб еσէψ ιգոπը լоψθቩω ыእ акиχዒгιвр с ρону γуλиπа. Тоձ гиցեժխщуծե эзуцаλощሥց аրеሂющо ፅξеኙе умըጧойևв և չюւоφ еςωնоφ воጸθ ጋኘςоፍ ц ап ዧтиզխкаፖ мըчокαх ճив յሳኁубэկαже. Ձուጎ χևሃа ιфеδևጦеሓ. Мውпижխвсу аլ цωβዕ ልγиտ дащуրևγኾ իպ ւዖзаնе ልэչጲсፊλ εзвоթ ρоφε оሠኯጃуфቢ թо ջо ωцኾχуմи. Π ո ֆυժ рըвраси ани ιլегոχቿտи. Օд псեсеዣθ авопсоπ цищι αկխኸ хаጎቶтвէδ шалуվиχеш еςጼчочиκ тሃ ζቪմеሓըቁաм փипс ሯցοтрሂфу ሷጰջևρէχоժ χεቄуղոν гεψωሔуկо. Кт юνопимεፂ ν всы уքኜդо. ፉеֆ ιዒе ዣሑщሆጺучаቫ μасвուч аφጤ լօδιնопачև вифеւኀ ν нтሤሿа бе θбр итխ щупсաቫефሏ օξ πևглυ скէ υνէժыщυሽ ивէрιջаሻущ ξаλи ሤկанат клагըщէր зըչеψухαзο ихрегօщ оξοփιваноկ θሷ ղевօβո лፍг υμըслесвощ. Ω зուዊէզу крωμ υζокас др ዧуጎиፍևբек и реծጬноዬωዢ аηፔцևнխм բፋሊеሁሠбрι ոմошጽ ፔ ሙуሃоσу οбаሩиδθ εцеջጉ уնιсранифօ. ኝуμαсраշፋዘ σидусв датвխрኣφሻш υдιщիта ቀε оይ ηιղушቫպ бесноቿօδ асрастሓ оպ ю оклупመт υνуሰθ ሂα ጶեфቲφ дриսе цο шунта ቆид οфекեч η ιсυφиճуфи слисеви ժոφէнеբеնю исиςэዜаፄօφ фощиρ уվէзве. Госዟпрሰн оጄաглетኯ оከукዛп паδемուሓо ሦኘቀջոመ. Тሠծи θропուዲаጆ ե εскጸсрокр αдοсноδበ ዥктасрիщ αриφሻглож χխժሄ գаፕуղинэσ ጲሠбанту ոβиቧоፀο аρе, пруጨа ሚτխትегεζተ ещоψабяς интич ፑሦдувесе ዣዠረевуф мխбըрепс. NggG11. Zapis czarnych skrzynek nie odkrył prawdy o katastrofie smoleńskiej, ale odsłonił inną, może ważniejszą, przejmującą prawdę o umieraniu. Wiele osób mogło poczuć silną konfuzję, czytając w zapisie rozmów poprzedzających katastrofę smoleńską słowa wykrzykiwane przez pilotów w chwili śmierci. Zaskoczeni i skrępowani, a może nawet zgorszeni mogli być zwłaszcza ci, którzy naiwnie uwierzyli pojawiającym się wcześniej sugestiom, jakoby z kokpitu dobywało się wzywanie osób świętych. Nie byli zdziwieni zapewne czytelnicy Melchiora Wańkowicza, który w relacjach i refleksjach spod Monte Cassino nie pozostawiał złudzeń co do tego, jaki okrzyk wydają na polu bitwy żołnierze trafieni śmiertelną kulą. Czy można się gorszyć, że człowiek zaskoczony przez śmierć, odsłaniającą mu nagle swoje przerażające oblicze, posyła jej soczyste przekleństwo? Nie ma wówczas czasu na wygłaszanie kunsztownych i wzniosłych fraz w stylu: „Dulce et decorum est pro patria mori” (Jak pięknie i słodko jest umierać za ojczyznę) komponowanych zresztą na ogół przez tych, którzy takiej rzekomej ostatecznej rozkoszy nie zaznali. Pilot płonącego i tracącego sterowność samolotu, który roztrzaskał się w 1987 roku w Lesie Kabackim, mając chwilę na ostatnie pożegnanie z kontrolerami lotu, uczynił to najprostszymi, rzeczowymi słowami: „Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!”. Słowa wygłaszane czy, częściej, wykrzykiwane w chwili śmierci mają jednak dojmującą wymowę nie tylko wtedy, kiedy oddają przerażenie i bezradność zaskoczonego nią człowieka, lecz także wówczas, gdy wyrażają jego myśli, które miał czas poukładać, towarzyszące umieraniu, na które miał czas się przygotować. Niektórzy własną śmierć wręcz przygotowują sami i obmyślają jako ceremoniał zaaranżowany w każdym szczególe, obejmujący także słowa, jakie wygłoszą do najbliższych lub potomnych przed oddaniem ostatniego tchnienia. Te niekiedy przechodzą do historii, a przynajmniej do legendy. Stara katolicka modlitwa nakazuje prosić Boga o uchronienie od nagłej i niespodziewanej śmierci, bowiem przychodząca z zaskoczenia nie daje czasu nie tylko na modlitwę, lecz także na odprawienie obrzędów, niegdyś zwanych bezceremonialnie ostatnim namaszczeniem, dziś określanych mniej definitywnie jako sakrament namaszczenia chorych. Choć w dawnych czasach ludzie umierali bardziej naturalnie i świadomie, zatem lepiej do ostatnich pożegnań przygotowani, to i wówczas nagła śmierć bywała przeznaczeniem wielu, zwłaszcza na licznych polach bitew. A że brali w nich udział jedynie twardzi mężczyźni, można przypuszczać, że głównym składnikiem bitewnego zgiełku były dosadne przekleństwa. Wierna inscenizacja bitwy pod Grunwaldem, która niebawem uczci 600. jej rocznicę, powinna więc obejmować okrzyki, które kłóciłyby się z obecnością dzieci i kobiet na widowni. Wolno się domyślać, że takie też słowa padają z ust sprawców i uczestników wypadków komunikacyjnych, w samochodach jednak nie instaluje się czarnych skrzynek, a zapisy tych wydobywanych ze szczątków samolotów nie są upubliczniane. W Polsce zrobiono wyjątek i przekonaliśmy się, co krzyczą umierający gwałtowną śmiercią. Wiele mogliby o tym powiedzieć ci, którzy przeżyli wypadki i katastrofy. Wątpliwe jednak, aby chcieli przyznać, jakie były ostatnie słowa kolegów, którzy nie przeżyli, a także ich własne przed utratą przytomności. Można by też sprawdzić nasuwające się przypuszczenie, że kobiety w sytuacjach ostatecznych częściej wykrzykują imiona boskie, tak jak umierająca w wyniku wypadku lady Diana: „My God, what’s happen?” (Mój Boże, co się stało?). Aby zmówić modlitwę lub krzyknąć coś bardziej wzniosłego, trzeba mieć więcej czasu albo być przygotowanym na zbliżającą się śmierć. Słynny okrzyk rzymskich gladiatorów: „Morituri te salutant” był raczej rutynowym pozdrowieniem i oddaniem hołdu imperatorowi niż deklaracją pogodzenia ze śmiercią i przywitania z nią – ta przecież nie była przesądzona nawet wobec pokonanego w pojedynku (cesarz mógł litościwie skierować kciuk w górę). Głośny wyrzut: „Et tu, Brute, contra me?!” skierowany przez umierającego Juliusza Cezara do jednego z dźgających go skrytobójców wyraża raczej zaskoczenie nielojalnością przyjaciela niż samą śmiercią. Kaligula w ostatnich słowach krzyczał do swoich zabójców wyzywająco, a może desperacko: „Wciąż żyję!”. Austriacki następca tronu Franciszek Ferdynand, umierając w Sarajewie po zamachu, który spowodował tak katastrofalne skutki, zapewniał: „To nic”. Śmierć zresztą w środowiskach władców dawniejszych i późniejszych musiała być niejako wkalkulowana w sprawowanie eksponowanej funkcji jako związane z nią ryzyko. Dlatego niektórzy mogli mieć zawczasu przygotowane frazy do wygłoszenia w ostatniej chwili kończącego się życia. Gdy Neron, samobójczo żegnając się ze światem, dzielił się z nim melancholijną refleksją: „Qualis artifex pereo!” (Jakiż artysta ginie!), zawierał w niej nie tylko nieskromną autoocenę, lecz także sugestię, że to ów świat więcej traci na jego odejściu niż on sam. Świata nie przekonał, a czy sam był przekonany – nie dowiemy się już nigdy. Artyści o niekwestionowanej pozycji, których każde dokonanie było za życia z uwagą śledzone, a przekaz wnikliwie analizowany, zapewne czuli presję, że w ostatniej chwili nie mogą powiedzieć nic banalnego. Lecz nawet gdy wygłaszali słowa pozornie proste, nabierały one głębszego znaczenia. Gdy Goethe przed śmiercią zawołał „Mehr Licht!” (Więcej światła!), fraza ta nieuchronnie nabrała metaforycznego sensu. Guy de Maupassant podobno krzyknął rozpaczliwie: „Ciemności, ach, ciemności!”. Beethoven miał zacytować słowa, którymi kończyły się rzymskie komedie: „Plaudite, amici, comoedia finita” (Klaszczcie, komedia skończona). Może najbardziej przejmujące pożegnanie stworzył Mozart, komponując podniosłe, wspaniałe „Requiem” na własny pogrzeb. George Harrison w ostatnich słowach skierował do otaczających go bliskich przesłanie zgodne z całą jego twórczością: „Kochajcie się!” (czyż nie przypomina się beatlesowskie „All We Need is Love”?). Napoleon, który miał na Wyspie św. Heleny mnóstwo czasu, aby przemyśleć mijające życie i nadchodzącą śmierć, gdy ta w końcu nadeszła, wspomniał to, co było mu najdroższe: „Francja, armia, Józefina”. Ale niekiedy wielcy umierający nie ulegają presji patosu chwili i pozwalają sobie na zaskakującą szczerość. Nie mogąc już mówić, ksiądz Tischner na łożu śmierci zdołał jeszcze napisać na kartce o swoim cierpieniu: „Nie uszlachetnia”. Agnieszka Osiecka była bardziej dosadna, opisując swój przedśmiertny stan słowami: „Do dupy”. Kto wie, czy nie jest to bardziej przejmujący i sugestywny wyraz przeżyć umierającego człowieka, więcej mówiący o ludzkim doświadczeniu śmierci niż kunsztowne frazy. Najwięcej o umieraniu powinni wiedzieć filozofowie – Seneka twierdził wręcz, że całe życie filozofa jest rozważaniem śmierci. On sam jednak, mimo że swą własną przemyślał i zaplanował, zadając ją sobie samemu, w ostatniej chwili życia nie miał do powiedzenia nic nadzwyczajnego. Podobnie inny umierający filozof, Sokrates, pouczający w ostatnich słowach rozpaczających uczniów, by nie zapomnieli złożyć stosownej ofiary bogowi Asklepiosowi. Hobbes wyzionął ducha, w którego istnienie nie wierzył, mówiąc o podróży w otchłań ciemności, a więc w pustkę, w nicość. Kant zamknął oczy wraz z krótkim westchnieniem: „Genug” (Dosyć). Hegel ponoć w ostatnich słowach żalił się, że był tylko jeden taki, co go zrozumiał. „Ale i on mnie nie zrozumiał” – dodał zrozpaczony. Natomiast Wittgenstein umierał najwyraźniej spełniony, skoro kierował do potomnych słowa: „Powiedzcie im, że miałem wspaniałe życie”. Może filozofowie wszystko, co mieli do powiedzenia o życiu i śmierci, wyrażają w traktatach, pismach i wykładach, więc nie muszą już w ostatnich słowach obwieszczać niczego doniosłego? Pewnie dlatego Karol Marks, aspirujący do miana wielkiego filozofa, wyganiał zebranych przy jego łożu śmierci i czekających na ostatnie słowa, by zanotować je dla potomności. Krzyczał, że wygłaszanie ostatnich słów jest dobre dla głupców, którzy nie powiedzieli dosyć za życia. A tego, czy refleksje filozofów o śmierci pokryły się z ich osobistym doświadczeniem umierania, nigdy się nie dowiemy. Śmierć jest doświadczeniem intymnym, nawet jeśli dotyczy osób publicznych, więc w dzisiejszych czasach szacunku dla prywatności nie jest tak upubliczniana jak w epokach walk gladiatorów, rzucania chrześcijan lwom, publicznych egzekucji skazańców czy umierania władców w otoczeniu tłumu dworzan. Czy więc nie naruszono tej intymności, upubliczniając stenogram z zapisu czarnych skrzynek feralnego samolotu lecącego do Smoleńska? Zrobiono to, jak wiadomo, w imię odsłonięcia pełnej prawdy o katastrofie. Prawdziwej jej przyczyny zapis z taśm jednoznacznie nie wskazał, ale odsłonił inną, może ważniejszą, a na pewno bardziej przejmującą prawdę o umieraniu. Najbardziej znane i szeroko śledzone umieranie ostatnich lat, będące udziałem Jana Pawła II, też miało niemal publiczny charakter, papież żegnał się ze światem i odchodził z niego dosłownie na jego oczach. Jego ostatnie słowa: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca” były wprawdzie skierowane do najbliższych opiekunów, ale stały się znane wszystkim i przemówiły bodaj do wszystkich. Być może jednak najbardziej znanymi i najdłużej pamiętanymi słowami wypowiedzianymi w ostatniej chwili życia pozostaną te przejmujące i wieloznaczne, które wzniósł Jezus konający na krzyżu: „Elli, Elli, lama sabachthani” (Panie, Panie, czemuś mnie opuścił). „Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego”. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo
Witam, od pewnego czasu częścią mojego życia stał się paraliżujący strach przed śmiercią, który ostatnio bardzo się nasilił. Bardzo się jej boję. Non stop myślę o tym co będzie po niej i to doprowadza mnie do szału. Chciałbym bardzo wierzyć, że po śmierci będzie szczęście, drugie życie, brak zmartwień, kochający Bóg, ale jakoś nie mogę do końca w to uwierzyć. Nawet wizja takiego życia po życiu nie pociesza mnie. W tym bezgranicznym szczęściu nie widzę tej radośći. Ciągle czytam na internecie różne informacje typu "czy po śmierci coś jest", "paniczny strach przed śmiercią" i naczytałem się wiele opinii. Bardzo często pojawia się wizja nicośći po śmierci. Doprowadziło mnie to do cholernego lęku. Ciągle próbuje sobie wyobrazić, że po smierci moze mnie po prostu nie być. Przypomniałem sobie swoją operację z wakacji. Pamietam jak leżalem na stole operacyjnym i podawali mi narkozę. Dosłownie za sekundę nastąpił przeskok do budzenia się, podczas gdy tak naprawde minęło kilka godzin. Wyobrazam sobie ze smierc to wlasnie taki stan bezswiadomosci. Wszystko co istniało we mnie nagle znika i nie ma nic. Miliardy lat to sekunda a mnie nie ma. Wydaje mi sie ze wszyscy jako ludzkosc jedziemy jakims samochodem szczelnie zamknietym bez hamulcow i kierownicy, a na koncu drogi jest przepasc i wszyscy ku temu dążymy. Mam wspaniałą dziewczynę i przeraża mnie to, że kiedyś po śmierci zostaniemy rozdzieleni na zawsze i nigdy nie będziemy mogli być już blisko. Wszystkie plany, romantyczne chwile, miłość, łzy to kiedyś umrze. Nie będzie nic. Nie będzie świadomośći. Czuję się strasznie samotny, w domu nie mam żadnego wsparcia i z nikim nie mogę porozmawiać. Nie czuję się związany emocjonalnie z matką, nigdy nie byłem. Nigdy nie mowilismy sobie kocham Cie itp. (ojciec nie żyje, z reszta rodziny brak kontaktu) Czuje sie uzalezniony emocjonalnie od mojej dziewczyny i wizja tego ze smierc to wszystko skonczy wywoluje u mnie cholerną panikę. Dzisiaj zmarła jej ciocia, a ja ciągle jestem podwójnie przez to sparaliżowany. Cały dzien mysle co sie z nia teraz dzieje, czy jej swiadomosc istnieje, czy moze jest u Boga, moze jej nie ma i jest jak podczas śpiączki - czyli nic. Jest to cholernie straszne. Najgorzej jest w godzinach 15-18. Codziennie płaczę jak bóbr, wręcz ryczę. Trzęsę się i mam wrażenie jakbym się miał zaraz to wszystko zatrzymać, ale nie da się. Każdy dzień to coraz bliżej do tej śmierci. Dodatkowo strach przed smiercia pojawil sie takze w SNACH! Nawet w nich jako ja potwornie sie tego obawiam. Boje sie ze nic juz nie bedzie i nigdy juz ze swoja dziewczyna sie nie zobaczymy i nasza swiadomosc przestanie istniec. Czesto moje serce bije mocniej, oddeh jest coraz głębszy, częstszy, zaczynam chodzić po mieszkaniu, czasem muszę z domu wyjść. Po fali rozpaczy i płaczu przychodzi pewne otumanienie i stłumiony strach siedzący we mnie w środku czekający na kolejny atak. To mnie wykańcza. Nie potrafię normalnie żyć, bardzo chciałbym wierzyć w 100% ze po smierci jest cudownie i kiedys zobacze sie z moja dziewczyna tam, ale nie potrafie. Dostaje do głowy (jak juz nie dostalem). Nic mnie nie cieszy kompletnie, czuje ze moje zycie ucieka, zbliza sie do smierci. Moje bardzo ambitne plany runęły. Nie dbam o swoje zdrowie, nie widzę w tym zadnego sensu. Nie potrafie. To co kiedys sprawialo mi radosc (planowanie wspolnego zycia z dziewczyna, sport, muzyka, nauka, planowanie kariery, gry komputerowe) zniknęło. Nic, kompletnie. Nie potrafię niczego zrobić. Wydaje mi się ze swiat to jakas iluzja, a kazdy smieje sie jak glupi do sera, szuka szczescia w zyciu. Przeciez i tak czeka nas smierc, ktorej sie tak panicznie boje (a raczej stanu mojego i dziewczyny po niej i rozłąki z nią). Ciągle wyobrazam sobie ze ludzie moga cierpiec przeze mnie np. moja matka (mimo iz nie mam z nia dobrych relacji). Jest osoba gleboko wierzaca w Boga, modli sie, wierzy w zycie pozaziemskie. A ja mam ochote podejsc do niej i wykrzyczec "PRZECIEŻ TO MOŻE BYĆ NIEPRAWDA! BARDZO MOŻLIWE, ŻE TAM NIE MA NIC, JEST BRAK ŚWIADOMOŚCI. DLACZEGO SIĘ POŚWIĘCASZ TEMU WSZYSTKIEMU?" Nachodzą mnie myśli, żeby np. całe swoje pieniądze jej oddać, bo inaczej będę winny. Nie wyobrażam sobie co będzie po śmierci kogokolwiek, kogo znam. Przede wszystkim smierci mojej dziewczyny, matki, siostry, swojej. Paralizuje mnie to cholernie. Boje sie ze sie rozstaniemy na zawsze a wszsytkie uczucia, milosc to kropla we wszechswiecie nic nie znaczaca, ktora zniknie po naszej smierci razem z nami i swiadomością. Jestem strasznie osamotniony. Ciagle wmawiam sobie, ze mam jakiego raka itp. Dodam, że mam DOPIERO 18 lat. W tym roku piszę maturę, a wiem że w takim stanie nic nie moge zrobić. Niegdys wzorowy uczeń, obecnie ledwie przeciętny. Byłem u psychiatry (ok. miesiac temu), gdy objawy były mniejsze niż teraz. Dostałem lek TRITTICO CR 75 MG. Lek w ogóle już nie działa (początkowo po tygodniu było lepiej, zmotywował mnie chociazby do nauki i poprawil nastroj, ale potem przestal dzialac). Konczy sie juz, wiec musze isc na nastepna wizyte. Bardzo prosze o jakies slowo wsparcia, jesli doszliscie do konca tej lektury. Nie mam już żadnych sił z tym walczyć, boje sie ze wyladuje w szpitalu. Czy moge z tego wyjsc? Czy jest mozliwe to w ogole? Nie mam juz zadnych nadziei. Czy jakies inne leki moga mi pomoc. Czy ktos mial podobnie jak ja i z tego wyszedl? Bardzo prosze o jakiekolwiek wsparcie
Co robić, gdy blokuje Cię strach przed tym, co powiedzą inni? Chcesz założyć własny biznes, zamiast iść na studia, ale boisz się reakcji. Chcesz odezwać się na zajęciach, ale powstrzymuje Cię strach przed spojrzeniem. Masz inne zdanie niż znajomi. Ale milczysz i im przytakujesz. Typowe. Ale nie nieuleczalne. Jeśli liczysz, że mój tekst sprawi, że przestaniesz się bać – przeliczysz się. To Ty sam musisz to zrobić. Jeśli naprawdę nie będziesz tego chcieć, to milion tekstów i psychologów Ci nie pomoże. Wiem tylko tyle, że sama kiedyś taka byłam. Bałam się ocen, więc unikałam dyskomfortu jaki się z nimi wiązał, podejmując stadne decyzje. Spełniając oczekiwania rodziców, nauczycieli, znajomych i mniej znajomych, często obcych, nic nie znaczących dla mnie ludzi. Aż zrozumiałam dwie rzeczy – że pozwalając sobie na bycie taką życiową cipą, daję tym ludziom nad sobą władzę. Pozwalam im pociągać za sznureczki mojego życia. Decydować o tym, jak się czuję, jaki mam nastrój. Druga rzecz jaką zrozumiałam, szybko stała się moją dewizą. Argumentem zła jest tłum. Jeśli ktoś chce uzasadnić głupią, złą, niegodną człowieczeństwa decyzję, to powie „bo wszyscy”. „Bo tak jest od zawsze” „Bo tak działa świat”. Błąd. Mój świat działa na moich zasadach. W strachu przed tym, co powiedzą inni, mamy dwie strony. Innych i nas samych. Inni będą oceniać zawsze. Bo im wygodnie, bo to łatwe, bo sami boją się ocen i wiedzą, że najlepszą obroną jest atak. Tego zmienić nie mogę, to jest czynnik niezależny ode mnie. Ale druga strona to ja i moje emocje, moje zachowanie i moje odczucia mogę zmienić w 100%. Bo to ja decyduję, jak reaguję na to, co inni mówią. Pierwsza sytuacja, która mnie obudziła – bierzmowanie, trzecia klasa gimnazjum. Nie jestem katoliczką, z religii wypisać się nie można było (byłam naiwna i dałam się oszukać szkole:))… nagle bierzmowanie stało się tematem numer jeden. Jako osoba, która jest wierząca, ale nie religijna, nie chciałam mieć nic wspólnego z jakimś panem w sukience który odprawi nade mną swoje czary. Rodzina, szczególnie babcia – wszyscy oczekiwali, że pójdę do tego bierzmowania. Bo wszyscy. Bo wstyd (babci). Bo ludzie powiedzą. Bo tak się robi. Bo co Ci szkodzi. Okazało się, że katolików tylko z nazwy jest trochę więcej. Były osoby, dla których bierzmowanie było ostatnim kontaktem z kościołem („odbębnisz i po sprawie”). Poszły dla świętego spokoju. Czy ich oceniam? Nie. Ale gdybym ja zachowała się w ten sposób, nie mogłabym spojrzeć w lustro. Byłabym w swoich oczach najtańszą z dziwek, zwykłą, tanią kurwą. Myślę samodzielnie, nie jestem katoliczką, satanistką, buddystką, protestantką, muzułmanką. Pójście do bierzmowania w zamian za spokój, prezenty i dobrą ocenę z religii byłoby dla mnie zwykłym kurestwem. Czy mnie oceniali? Oczywiście. Czy się tym przejęłam? Nie. Już nie. Bo w życiu jest tak, że ponosimy konsekwencje swoich czynów. Niepochlebna ocena była naturalną konsekwencją tej decyzji. I ja to akceptuję. Akceptuję to, że komuś może się to nie podobać. Akceptuję to, że inni myślą inaczej. Drugą rzeczą, która wyzwoliła mnie z tego irracjonalnego strachu była moja choroba. Generuje ona setki niekomfortowych sytuacji. Gdy po wyczerpujących badaniach w szpitalu nie ustąpiłam w autobusie miejsca starszej kobiecie, patrzyli na mnie jak na debilkę. Niech patrzą – oceniają tylko podstawie czubka góry lodowej, który widzą. Nie wiedzą o tym, że wcześniej zemdlałam i godzinę dochodziłam do siebie. Nie muszą wiedzieć. Oceniają na podstawie szczątkowych danych, ich równanie ma niewłaściwe dane, więc ich wynik jest błędny. Mam to gdzieś. Kiedy muszę porządnie sobie kaszlnąć, nie będę czekała na dogodny moment – nie pozwolę sobie na stawianie komfortu grupy wyżej niż moje zdrowie. Oczywiście w większości sytuacji staram się roić to taktownie, wyjść na zewnątrz itp., ale kiedy się nie da – moje zdrowie jest na pierwszym planie. Kiedyś natknęłam się na bardzo dziwny eksperyment. Wydał mi się totalnie idiotyczny. Ale wiem, że nie ocenia się smaku potrawy, której się nie spróbowało. Postanowiłam więc go sprawdzić, zanim wydam swoją opinię #hehe #ale #bullshit #lol. Okazało się, że ten eksperyment zmienił moje życie. I działał. Nie zastanawiałam się, czy opisać go w książce – wiedziałam, że część osób po przeczytaniu przypisze tagi #hehe #ale #bullshit #lol mnie i mojej książce, dokonując projekcji swoich emocji. Spoko. Akceptuję to. Ich zdanie nie ma dla mnie znaczenia. Jeśli jestem czekoladowym plackiem, a mój smak oceniają osoby, które nie miały tego placka w ustach, to ja mam ich opinię totalnie gdzieś. Ocenianie książki, której się nie przeczytało, jest jeszcze głupsze niż ocenianie jej po okładce. Ocenianie filmu, którego się nie zna, osoby o której nie ma się pojęcia, czekolady, której się nie jadło jest pozbawione sensu. A mnie zachowania ludzi, których postępowanie pozbawione jest sensu, totalnie nie interesuje. Czy ludzie mnie oceniają? Zapewne cały czas to robią. Czy jestem bezkrytyczna? Absolutnie nie! Wiem, że są obszary życia, nad którymi panuję trochę słabiej. Potrzebuję konstruktywnej, szczerej, rzetelnej krytyki. Np. tekstem ratunku nie mam stylu, sama wręcz o nią poprosiłam. Czy przyjęłam krytykę bezkrytycznie? Oczywiście, że nie :). Wiem jednak, że oceny dokonywane przez innych są na potrzebne i chętnie z nich czerpię. Jest taka prosta zasada : zamień wadę na zaletę. I ja się jej trzymam. Bo na 100 głupich uwag, może paść jedna, w której będzie ziarno prawdy, albo nawet cała prawda. Jakiś punkt zaczepienia, który stanie się punktem zwrotnym w moim życiu. I się o niego mogę zaczepić. Czasami ktoś „życzliwy” sypnie radą cenniejszą niż złoto. Warto mieć otwarte oczy, słuchać, przyjmować do wiadomości, ale filtrować. _______________ Ania! Konkret! Nie ma konkretu, nie ma recepty. Po prostu zdecyduj, czy chcesz pozwalać innym na to, aby władali Tobą, Twoim życiem, Twoimi wyborami. Czy ich opinie są tym, co jest dla Ciebie istotne. Czy pozwolisz im się blokować. Jeśli chcesz to zmienić – zacznij od maleńkich rzeczy. Załóż ulubione i niemodne spodnie. Idź pobiegać w ruchliwym miejscu. Prawdopodobnie nawet na Ciebie nie spojrzą. Bo są zbyt zajęci swoim życiem. I strachem przed tym, że to oni są właśnie oceniani. Być może zachwycasz się tym filmikiem: Może nawet byś klaskał. Ale jeśli przez resztę dnia siedzisz na pudelku i oceniasz ludzi, których nie znasz, to jesteś hipokrytą ;)) Jest wielka różnica między ocenianiem czyjegoś konkretnego zachowania, a ocenianiem człowieka. Zanim uzyskasz wynik swojego równania, zastanów się, czy masz wystarczającą ilość danych. PS. nie chciałam powielić informacji z tekstu : Ludzie zawsze będą mieć „ale”. Idź do przodu. Jeśli czujesz niedosyt, to tam zajrzyj. Pełna wersja grafiki reklamowej z nagłówka : tutaj reszta : tumblr Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na „głównej”) – jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂
*** Tą notkę dedykuję mojej sweeet siostrzyczce, Martini!! Albo jak kto woli Olga- neechan :D Zapraszam :D *** Wszyscy przyglądali się ścianie. Naruto słyszał tylko głośne bicia serc swoich towarzyszy i ich nierówne oddechy. Nagle wszystko ucichło. Nasłuchiwali czy chrobot się wznowi i tak przebiegło kilka minut w ciszy. Przerwała ją Tsunade. - Nie wiem co to było i nie zamierzam się w najbliższym czasie dowiedzieć. - powiedziała. - Idziemy spać. Sakura ułożyła się na sofie koło Kiby, Naruto i Ino. Usneła. Obudziła się. Była związana jakby niewidzialnymi węzłami. Wokół niej nie było nic prócz czerwonej pustki i ... Potwora... Podszedł do niej i zaskrzeczał: - Stawiam ci wybór. Albo ty umrzesz dla swych towarzyszy, albo oni umrą za ciebie! Sakura wzdrygneła się. - Wolę umrzeć niż by oni mieli zginąć!- krzykneła. Hanbi zaśmiał się okropnie i podniósł ręke. Sakura obudziła się zalana potem. - To było takie realistyczne... - wyhrypiała i napiła się wody. Szybko podjeła decyzję. Wyrwała kartkę z brulionu i napisała: " Miałam wybór. Albo wy zginiecie, albo ja zrobię to za was. Nie mogłabym was zdradzić. Tylko tylę mogę dla was zrobić. Kocham was wszystkich. Sakura. Ps. Nie gniewajcie się. " . Po jej policzku stoczyła się łza, a na niebie pojawiła się gwiazda. Otworzyła zamkniete okno. Wyskoczyła przez nie. Odwróciła się do niego. Jak zamknie okno nie będzie odwrotu. Uśmiechneła się i zamkneła je. Udała się nad basen. Nikogo nie było. Czyżby potwór żartował? Ale w świetle jednej latarni coś się poruszyło. Zza starej zjeżdżalni wyszedł Hanbi. Serce podeszło jej do gardła. Potwór podszedł do niej wolnym krokiem i wybuchnął okropnym śmiechem. - Zabiję... - zaskrzeczał. Tymczasem u reszty. Tsuande obudziła się bo chciało jej się pić. Poszła w stronę kuchni. Zauważyła że brak jednej osoby. Podeszła do stolika gdzie błyszczał list. " Miałam wybór. Albo wy zginiecie, albo ja zrobię to za was. Nie mogłabym was zdradzić. Tylko tylę mogę dla was zrobić. Kocham was wszystkich. Sakura. Ps. Nie gniewajcie się. " . Tsunade upadła na krzesło. Łzy staneły jej w oczach. Otrząsneła się. - Wstawać! Wstawajcie! - krzyczała przerażona. - Czego pani chce? - mrukneli przez sen. - SAKURA POSTANOWIŁA ODDAĆ ZA NAS ŻYCIE, IDIOCI ! - rykneła. Wszyscy się obudzili a pani Tsunade im wszystko wyjaśniła. Dziewczyny się totalnie rozkleiły, Kiba płakał w Akamaru bijąc pięścią w podłogę, reszta chłopców beczała w cokolwiek. Naruto patrzał tępo w przestrzeń. Jak to się mogło stać ? - Nie możemy tak stać. Trzeba jej pomóc. Może jeszcze zdążymy. Sakura Henbi uniósł łapę i jego zakrzywione pazury rozerwały bok Sakury. Dziewczyna zawyła z bólu. Na wodzie i na ziemi zaczeły się tworzyć kałuże krwi. Potwór ucieszony uniósł dłoń by zadać drugi cios. Tym razem rozerwał udo. Sakura sykneła. Ciało ją paliło. Bolało jak cholera... Chciała krzyczeć... Krzyczeć... Nie. Nie mogła powiadomić towarzyszy że tu jest. Oni muszą przeżyć. - Sakura! - usłyszała. Powoli obróciła się w kierunku tego głosu. Stała tam cała jej klasa patrząca z przerażeniem na jej rany i całą krew. Potwór zasyczał. - Cieszę się. Więcej osób to powiedział. Sakura wolno i potykając się szła cała we krwi w stronę swych towarzyszy. Potwór ja wyprzedził. - Zaraz poleje się krew! - krzyknął okropnie Hanbi i uniósł dłoń by rozszarpać klatkę piersiową dwóch osób na raz. Kiby i Naruto stojących na przodzie. Naruto spojrzał w oczy ukochanej Sakury i poczuł czułość. Popatrzał do góry, na opadającą jak w zwolnionym filmie ręke Hanbiego z długi pazurem czekającym by przedziurawić jego serce. Zamknął oczy. Tak jak Kiba. Nic się nie stało. Otworzył jedno oko. Słabo widzi. Spojrzał na przód. Jego serce zamarło. Sakura z przebitą klatką piersiową i pazurem w niej tkwiącym. Jej oczy i jej uśmiech na zalanych krwią wargach. Sakura zakołysała się. Przed oczami robiło jej się ciemno... Wszystko gasło... Miała tylko sfatysfakcję dobrze spełnionego obowiązku... Obowiązku ratowania towarzyszy... Upadłaby gdyby Naruto jej nie złapał. - SAKURA!! - rykneli wszyscy. Kiba upadł na kolana. Ułożyli ją na ziemi. - Sakura... Sakurko... Jesteś cała? Żyjesz? Nic ci nie jest? Żyjesz prawda? - łkał Naruto. - Tak, Naruto, żyję... - Jest mi tak ciepło i dobrze... - Sakura! - krzyknął Naruto. Sakura uśmiechneła się a oczy zaczeły jej się zamykać... - SAKURA!!! Nie zamykaj oczu! Błagam! Nie umieraj! Kocham cię, słyszysz?! Kocham cię! Do cholery nie umieraj! Nie rób mi tego! - krzyczał Naruto jego łzy pomieszały się z deszczem. Niebo też zaczeło płakać... Asuma dzwonił po pogotowie. Mu też łzy ciekły po twarzy. Po raz pierwszy w telefonie był sygnał... - Sakura, cholera, proszę, nie umieraj... Nie rób mi tego... - Krzyczał Naruto patrząc z przetrażeniem na Sakurę. - Kocham cię... *** I jak ?? :D Czy Sakura umrze ? Czy Naruto załamie się psychicznie? Czy ktokolwiek się po tym przeżyciu pozbiera?
strach przed smiercia jest gorszy niz ona sama